sobota, 8 października 2011
My Berlin...
Berlin.
Stolica i największe miasto Niemiec.
I co najfajniejsze, zaledwie 2h jazdy od polskiej granicy.
Ten aspekt między innymi zaważył ostatecznie na kierunku naszej podróży poślubnej. Opcji było wiele, a im bliżej wyjazdu, tym więcej... W grę wchodziła już Szwecja, Dania, Bornholm, Grecja, Austria, Czechy, Irlandia, Francja.... Wszystko było jednak albo za zimne, albo za daleko... ;) Po burzy mózgów, trzech sprzeczkach i 5 "cichych minutach" pojawiło się magiczne zdanie "Ty, a może Berlin?". I tak oto zaczęliśmy nową świecką tradycję... Co roku jedna europejska stolica z okazji rocznicy ślubu.
Choć po prawdzie Berlin tak nas wciągnął, że nie wiem, czy przyszła rocznica nie skończy się w tym samym mieście ;)
Jeżeli chodzi o wrażenia... Berlin robi wrażenie. Wciąga jak gąbka i już po dwóch dniach chciałoby się powtórzyć po znanym amerykańskim prezydencie "Ich bin ein Berliner!". I nie chodzi tu o zapierającą dech w piersiach architekturę, ogrom miasta czy wszechobecny przepych. To miasto "żyje". W dzień, w nocy, rano, wieczorem, w tygodniu i od święta. I choć jesteś w jednym z najbardziej, na wskroś niemieckich miast, to wbrew niemieckiej naturze, ludzie są otwarci, energiczni i uśmiechnięci. Łatwo się tam zatracić i razem ze wszystkimi usiąść na leżaku, nad Szprewą, za plecami mając Reichstag i popijając Berliner Kindl opalać się w jesiennym słońcu.
I nie będę teraz opowiadać, co warto zwiedzić... a jest kilka obowiązkowych miejsc, ale o tym innym razem. Bo prócz biegania po muzeach warto na chwilę się zatrzymać, skręcić w boczną alejkę i na moment po prostu zatracić :)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


0 komentarze:
Prześlij komentarz